Filipiny - Ifugao z Balutem

5.0
głosów: 1
Twoja ocena: Zaloguj się

Filipiny  Północne  Banaue , Sagada , Batad

Od zawsze marzyłem o Filipinach . 
Każdy wciąż mi mówili  Darek ty ciągle te Indochiny ? 
Teraz gdy skusiłem się na tani bilet  1600 zł w dwie strony , nie mam już wyjścia .
Cena dobra czasu dużo a więc tylko ułożenie planu podróży i w drogę ....
Zadzwoniłem do mojej najlepszej koleżanki w podróżach Marzeny  i mówię jej wiesz mam bilet na Filipiny , nareszcie odpowiedziała 
No tak ale nic nie wiem o tym kraju , wiem tylko że ma 7000 wysp i co dalej ..
Marzena powiedział mi tylko jedno Pamilacan . 
Pytam jej co to jest Pamilacan , mówi mi to mała wyspa otoczona rafami a na niej prawdziwa filipińska wieś i że wspaniali ludzie tam mieszkają .
Zaczynam szukać najpierw na mapie , nie ma takiej .... w Googlach map , jest rzeczywiście maleńka .
Nie wiedziałem tylko że to właśnie tam odnajdę swój raj na ziemi . 
O tym wszystkim opowiem Wam w dalszej części relacji . 
Przy pomocy znajomych , różnych forach .blogów , ustaliłem w końcu plan mając nadzieję że wypełni się chociaż w 90%

Termin od 04.03 - 29 .03 

Trasa :
Bydgoszcz - Poznań - Dublin - Abu Dhabi - Manila - Banaue - Sagada - Banaue -Batad - Banaue - Manila - Cebu - Tagbilaran - 
Baclayon - Pamilacan - Baclayon - Bohol - Tagbilaran - Cebu - Puerto Princesa - Sabang - El Nido - Puerto Princesa - Manila - Abu Dhabi - Dusseldorf - Berlin - Bydgoszcz

 

Relacja z wycieczki

 

 

 

Witam 

Gorąco Was zaprasza na moją foto-relację z podróży po tym jakże pięknym kraju :
na początek coś o mnie .


Od 2004 r kiedy to pierwszy raz zwiedziłem ja i mój plecak Azję a były to Chiny moja przygoda z tym fascynującym kontynentem świata trwa do dziś .
Po Chinach była bajecznie kolorowa Tajlandia kraina tysiąca uśmiechów i miliona smaków do której zawsze powracam jak do swojego domu .
Następnie zobaczyłem biedną ale jakże miłą Kambodżę ze wspaniałą i dumną kulturą oraz cichy spokojny pełen zieleni Laos . W kolejnych latach był Wietnam ogromnie różniący się kulturowo i smakowo potem była Malezja do której jakoś dziś nie pałam większym entuzjazmem ale to chyba temat na długie godziny oczywiście przy piwie . Zwiedziłem także mało dla mnie ciekawy i najbardziej sterylny kraj na ziemi jakim był Singapur . Wpadłem na noc do Macao ale jakoś szczęścia tam w kasynach nie miałem . Hongkong także nie powalił mnie na nogi . Ale za to Birma .Pamiętam jak wróciłem do kraju dopiero po paru miesiącach zatęskniłem za tym krajem a szczególnie za tym ludźmi , chociaż podróżowanie jak i jedzenia tam jest wręcz ekstremalne . No i w końcu teraz odnalazłem ten mój ósmy cud świata to Filipiny do którego wracał będę nie tylko myślami ale i samolotem oczywiście jak tylko Bozia da i zdrówko i kasiorkę . Pewnie zastawiasz się dlaczego właśnie Filipiny ?
Przeczytaj moją foto-relację z tego miejsca a sam jak wierzę zrozumiesz a może i nawet ty  zostawisz tam cześć swojej duszy , bo z pewnością ducha dostaniesz od nich na pewno i to na zawsze .  To najwspanialsi ludzie jakich kiedykolwiek poznałem !

neronek 

Film na dobry pączątek moje Filipiny :

https://www.youtube.com/watch?v=rJsSWiKI2C4

Filipiny  Północne  Banaue , Sagada , Batad

Od zawsze marzyłem o Filipinach . 

Każdy wciąż mi mówili  Darek ty ciągle te Indochiny ?  Teraz gdy skusiłem się na tani bilet  1600 zł w dwie strony , nie mam już wyjścia . Cena dobra czasu dużo a więc tylko ułożenie planu podróży i w drogę .... Zadzwoniłem do mojej najlepszej koleżanki w podróżach Marzeny  i mówię jej wiesz mam bilet na Filipiny , nareszcie odpowiedziała  No tak ale nic nie wiem o tym kraju , wiem tylko że ma 7000 wysp i co dalej .. Marzena powiedział mi tylko jedno Pamilacan .  Pytam jej co to jest Pamilacan , mówi mi to mała wyspa otoczona rafami a na niej prawdziwa filipińska wieś i że wspaniali ludzie tam mieszkają . Zaczynam szukać najpierw na mapie , nie ma takiej .... w Googlach map , jest rzeczywiście maleńka . Nie wiedziałem tylko że to właśnie tam odnajdę swój raj na ziemi .  O tym wszystkim opowiem Wam w dalszej części relacji .  Przy pomocy znajomych , różnych forach .blogów , ustaliłem w końcu plan mając nadzieję że wypełni się chociaż w 90%

Termin od 04.03 - 29 .03 

Trasa :

Bydgoszcz - Poznań - Dublin - Abu Dhabi - Manila - Banaue - Sagada - Banaue -Batad - Banaue - Manila - Cebu - Tagbilaran - Baclayon - Pamilacan - Baclayon - Bohol - Tagbilaran - Cebu - Puerto Princesa - Sabang - El Nido - Puerto Princesa - Manila - Abu Dhabi - Dusseldorf - Berlin - Bydgoszcz

Spakowany w drogę , do Poznania .  Na lotnisko czeka na mnie samolot Ryanair do Dublina  Nie wiem jeszcze że spotka mnie na dzień dobry a może raczej na do widzenia coś bardzo nie miłego .....

Poznań:

Jestem w Poznaniu na lotnisku 2,5 godziny wcześniej, a więc idę spokojnie sobie na jakąś kawkę, siadam. Czekam aż będę mógł podejść do odprawy, w końcu idę, a tu Pani z Ryanair mówi mi, że muszę mieć wydruk biletu, a nie ten odebrany od nich e-mail. Nigdy nie leciałem tym cholernymi liniami. W Azji latałem tanimi liniami Air Asia, Tiger Air itd...  Ale tam wystarczył tylko paszport, a tu... mam tylko 10 minut na wydruk biletu. Panicznie szukam jakieś kafejki z drukarką, ale na lotnisku oczywiście nigdzie nie ma kafejki z drukarką jakby byli w zmowie! Zrobienie odprawy on-line na automacie jest niemożliwe, pomimo że jest on na monety, ale oczywiście nie działał. Idę do biura Ryanair – nie chcą mi zrobić wydruku biletu! Podchodzę do biura LOT, ale babsko strasznie nieuprzejme mówi mi wprost, że "mnie to nie obchodzi,  jestem z LOT-u "  Minęło 10 minut... muszę wybulić 320 zł ! Czuję się, jakbym na koniec – a raczej na początek – dostał kopa w dupsko...  Ot, taka nasza Polska właśnie.

Żegnaj, Polsko! Żegnaj Europo !

Dublin - Etihad Airlines – lot do Abu Dhabi

Po tym jak niemile pożegnałem się z moją Polską, czas spędzić noc na lotnisku w Dublinie. Idę się kimnąć tam, gdzie wszyscy opisują, że jest w miarę dobrze: terminal 1 na 1 piętro  obok McDonald's są wygodne fotele, ale zajęte . Jest jednak jeden wolny. Staram się zasnąć, ale nic z tego...  I tak zamiast spać całą noc, wiercę się, raz nogi na plecaku, potem plecak pod głową...  W mordę jeża – 2 w nocy... 4 rano... No nareszcie coraz bliżej do 8. Koło 6-tej odprawa – bagaż nadaję do Manili.  Ale wcześniej transfer w Abu Dhabi. Wsiadam w samolot emirackich linii lotniczych Etihad, bo tymi liniami właśnie przylecę na Filipiny i wylecę do Polski (10 kg + 30 kg). Pierwszy raz lecę Etihad, siedzenia wygodne z TV,  masa filmów, muzyki, gier, podgląd z kamer pod pokładem samolotu,  miła obsługa, piwko free, winko free, no to Neronek... fruuuuuu. Siedzę przy oknie, obok mnie dwa wolne miejsca, ale się wybyczę  Kapitan lotu się przedstawia itd... Nagle słyszę i widzę w ekranie modlitwę Allah Akbar... upss,  Boże, gdzie ja i czym ja lecę? Ale spoko, wszystko było OK.

Abu Dhabi – lotnisko:

Przyleciałem.  Jestem na tranzycie w Abu Dhabi.  Już teraz Wam powiem, że dowiedziałem się od kolegi Pawła, z którym widziałem się w Manili na browarku (on leciał do Chin, ja do Cebu), a informacja jest taka, że dla Polaków od 28 marca zniesiono wizy do Indonezji !  A więc bilety do Azji będą musiały być tańsze niż teraz – poczekamy, zobaczymy. Na lotnisku od razu rzuca się w oczy masa ludzi z różnych stron świata,  to jedno z największych transferowych lotnisk na świecie. Jednak jakoś nikt nie chce zostać w Abu Dhabi . Ja chyba wiem czemu, a Wy? Każdy traktuje to lotnisko jedynie jako transfer do innych krajów.  Na lot do Manili muszę czekać w transferze 7 godzin, o 2 w nocy mam lot.  Słyszałem, że jak lot trwa dłużej niż 5 godzin, dostanę kupon na jedzenie.  Tak właśnie się stało – znalazłem gościa, który rozdawał takie kupony.  No tak, ale do wyboru nie mam zbyt wiele, a więc idę do McDonald's: dają mi frytki, burgera i colę, ale to miłe, że dbają o pasażerów. Jest też taki punkt, gdzie wszyscy  doładowują swoje telefony, ale gniazdek jest za mało. I tak sobie czekam, chodzę, siadam, wstaję... Jest godz 1-sza, czas już iść... Ścisk, tłoczno, oj będzie sporo ludzi. Już witam się z Filipińczykami –  sporo ich leci do Manili, a samo lotnisko jest małe.  Jak widać obsługa ma wielki problem, ale znając bogatych Arabów coś tam wymyślą. Siedzę już w samolocie. Mam lecieć 7 godzin   – tym razem wszystkie miejsca są zajęte.  Łykam tabletkę na sen, bo w końcu trzeba się wyspać, a droga przede mną jeszcze długa.  W Manili mam być o 15, a o 20 autobus do Banaue (10 godzin!).Jak widzicie więc trasę mam dość ekstremalnie ciężką, ale co robić jak się ma bilet za 1600 zł, to nie można wybredzać. 

Zasypiam...

Do zobaczenia w Manili...

Manila

Manila na dzień dobry  film  :

https://www.youtube.com/watch?v=g-wUk3G7CE4

No to nareszcie jestem – Welcome Filipiny!

Jestem tu pierwszy raz i już teraz powiem Wam, że nie ostatni. Ale o tym potem. Przyleciałem na terminal 4, skąd latają także Air Asia i Tiger Air. 
Lotnisko jest okropne, małe, brudne itd. Zresztą w Manili są 4 terminale odlegle od siebie  na jakieś parę kilometrów, np. z terminalu 3 na 4 jedzie się jeepneyem jakieś 10 minut.Dlatego warto przed przylotem i odlotem sprawdzić, z którego terminalu macie swój lot.  Od razu idę wymienić $ – kurs nie jest najlepszy: 1$ – 44 peso. Wychodzę z lotniska, muszę się dostać na autobus do Banaue liniami Ohayami. Nie daję się nabrać na taxi spod lotniska – wiem, że na zewnątrz dalej od lotniska  Tam złapię nie za 500 peso a za 300 peso i tak właśnie jest. Wsiadam do białej taxi – starej rozklekotanej Toyoty.  Gościu po chwili automatycznie zamyka drzwi, dziwne uczucie – pytam po co?  Odpowiada mi, że dla bezpieczeństwa, ponieważ będziemy jechać przez jakieś niebezpieczne dzielnice.  Jak się potem okazało (Manilę zwiedzałem przez 3 dni), byłem tam, gdzie nigdy jeszcze  nie widzieli białasów i nigdzie nic złego mnie nie spotkało, ale oczywiście mogło być różnie. Po 40 minutach (bo były korki) dojechałem na "dworzec autobusowy" Ohayami.  Hmm... dworzec to za dużo powiedziane: 3 stojące obok siebie autobusy i stara rozwalająca się budka z kasąKupuję bilet za 450 Peso i o godz. 21-szej mam autobus do Banaue.  W Banaue mam być o 6 rano. Plecak wrzucam do bagażnika autobusu i w drogę oblukać Manilę... Doszedłem do jakiegoś nocnego marketu ulicznego, kupuję coś z grilla na patyku:  wygląda mi to na jakieś świńskie flaki, nawet zjadliwe – 10 peso (70 gr).  No tak, ale do grilla trzeba wypić jakieś piwko i tu robi się problem, zresztą jak się potem okazało podobnie było w większości miast i wiosek na Filipinach.  Początkowo wydawało mi się, że oni nie kumają tego, jak bardzo  białasy kochają piwo,  jednak po czasie stwierdzam, że braki piwka na ulicznych straganach to efekt ubóstwa  – ich po prostu nie stać na piwo. Wolą rum za parę groszy 0,5 l – 4 zł i to 80% alk. ( ale  spoko przelicznik % alk jest inny  niż  u nas  ) Trafiam do jakiejś rozwalającej się budki z chipsami, zabezpieczonej metalową siatką  – uff, jest zimny San Miguel. Mają tylko dużego – 1 litr – myślę sobie: o kurczę, dam radę?  Siadam sobie na krawężniku przy tym sklepiku, bo oczywiście krzesełek nie mają.  Też tego nie kumam – dlaczego? Od razu robi się koło mnie małe zbiegowisko:  otóż okazało się, że jestem w dzielnicy tzw. "slumsów".  Pytają mnie, co ja tu robię, skąd jestem, że tutaj nigdy nie było białasów. Lekki dreszcz mnie przeszedł, ale co tam.  Widać, że ludzie są mili, nie widziałem w nich żadnej agresji, a jak powiedziałem im, że jestem z Polski,  to od razu zrobiło się miło i wesoło. Powtarzali wciąż, że Jan Paweł II i że oni kochają go do dziś. No tak, ale czas wracać.

Jest godz. 20. Zabłądziłem...

Tak tak, proszę się nie śmiać: uliczki tutaj są ciemne, raz szerokie, raz wąskie, pełne biegających na boso brudnych, niczyich dzieci.  Niektóre z nich już nawet śpią gdzieś na szarych brudnych chodnikach, przykryte jakimiś szmatami. Rozdałem im kredki i farbki do malowania, może chociaż trochę pokolorują sobie te swoje biedne, szare dzieciństwo.  Za godzinę mam odjazd autobusu, a ja... nadal nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Ale skąd ma się przyjaciół spod budki z piwem, jeden z nich widział mnie wcześniej przed sklepikiem,  cierpliwie czekał, aż dokończę browarka, a że miał swoją rikszę i wiedział gdzie jest Ohayami Bus, to nie zastanawiałem się wiele. Po 20 minutach byłem na dworcu.  Dałem mu 50 peso (3,50 zł) i już spokojnie siedziałem w autobusie.

Manila  filmik :

[video:https://www.youtube.com/watch?v=rruN3F-SnYw]

Banaue:

Jest 6 rano, autobus szczęśliwe dojechał do Banaue.  Towarzyszka mojej podróży, Rosjanka Katia, oj ta to mogła wypić – Żubróweczka  jej smakowała, aż w końcu to ja zasnąłem, a ona... ona MP3 słuchała. Przystanek w Banaue jest zaraz przy punkcie informacji turystycznej, gdzie wszyscy wychodzą i kupują bilet – opłatę klimatyczną za 20 peso. Biorę plecak, idę w dół do centrum. Widać je już z góry. Katia też idzie, potem znika mi jak kamfora,  ale że Banaue to małe miasteczko, bez problemu później się odnajdujemy. Od razu jestem zachwycony widokami i miejscem. Banaue – kocham takie klimaty – oj, będzie dobrze! :)  Banaue to praktycznie jedna długa ulica, gdzie w centrum na placu stoją kolorowe jeepneye i masa tri–cyklów.  Wkoło mały market. Na dole w jednym z budynków jest market, gdzie kupicie wszystko: od szczotki do zębów po mięso i balut.  No tak, ale jest wcześnie rano – 6:30 i pomimo niespania już drugi dzień od wyjazdu z Polski, nie zamierzam jednak nocować w Banaue, ale jechać dalej do Sagady. Pytam się, który jeepney jedzie do Sagady. Okazuje się, że jest jeden, ale czeka aż się wypełni chętnymi. Już jednego mają – mnie.  Dowiaduję się, że po 2 godz. będę miał przesiadkę w Bontoc na innego jeepneya. Kupuję bilet do Bontoc – 150 peso + 80 peso do Sagady, wrzucam plecak na dach jeepneya i idę na kawę, ona zawsze  z rana jest najlepsza.

Wesoły  jeepney 

Koło 8 rano już siedzę w środku –  ja, dwóch Francuzów, Włoch z Włoszką i Serbka –  jedziemy... Ale czad – pierwszy raz w życiu jadę takim cackiem Po 15 min. już jest wesoło.  Francuzi i ich koleżanka Zofia to wesołe duszki, a ja też nie odbiegam od takich klimatów,  a więc otwieram swoją Żubrówkę i mój kieliszek nietłukący z bambusa i zaczynamy śpiewać różne piosenki.  Nawet "Panie Janie"... po polsku, francusku, włosku, serbsku, aż w końcu dołączyli do nas lekko wstydliwi  Filipińczycy, wesoły jeepney jedzie dalej...

Sagada:

Po 4 godzinach od Banaue jestem w Sagadzie. Muszę od razu zaznaczyć, że jak dla mnie Sagada jest dużo ciekawszym miejscem na nocleg niż Banaue – dlaczego?  Postaram się Wam to wytłumaczyć w dalszym ciągu mojej relacji. Biorę plecak z dachu, każdy z naszego wesołego jeepneya się żegna i każdy idzie w swoją drogę szukać noclegów Wszyscy jednak wiemy, że wieczorem gdzieś się zobaczymy, bo przecież Sagada to nie miasto,  ale maleńka wioska.  Nikt z tubylców nie stoi koło nas z kartkami ofert na nocleg – dziwne...  W Azji południowo-wschodniej miałbym już chyba z 10 ofert, a tu nic. No dobrze, zaczynam szukać noclegu. Wchodzę do puktu informacji turystycznej.  Pani poleca mi jakiś nocleg za 1000 peso, że fajny.Ja jej mówię: no nie nie, kobitko, ja jestem z Polski, szukam tańszego, ale że od 2 dni po wylocie z Polski  nie spałem, to też nie chciałbym nocować w jakiejś dziurze.  Po chwili zastanowienia się mówi mi, że jest taki na górce, z fajnym widoczkiem  za 650 peso, WC, TV, AC i że czyściutko.  Idę tam – to Valley View Inn, oglądam pokój, bez dłuższego zastanawiania się biorę! Naprawdę bardzo czysto, zresztą sami zobaczcie, i widok z tarasu przepiękny.  Biorę prysznic – woda ciepła  Uf, jak fajnie... dwa dni męczarni i w końcu na miejscu!

Teraz mogę już powiedzieć: WELCOME Philippines !

Rozpakowałem cały plecak, wszystkie prezenty z Polski, czekolady gorzkie zawinięte sreberkiem  wytrzymały trudy podróży – ani trochę się nie rozpuściły.  Flaga i szalik z Polski także w dobrym stanie . Kredki, farbki, mydełka jabłkowe z Biedronki itd... Pewnie myślicie – po co ja to targałem ?Taki już jestem: zawsze przy wylocie z Polski zabieram pamiątki i rozdaję je w czasie podróży biednym ludziom, ulicznym dzieciakom biegających boso na ulicach.  To miłe widzieć uśmiech na twarzy tych ludzi, wiem że nie przelewa im się, że ciężko harują na życie,  dlatego to dla mnie takie ważne!

Sagada Echo Valley i podziemne przejście między jaskinią Lumiang i Sumaging z przewodnikiem:

Wykąpany idę oglądać Sagadę. Aby nie marnować cennego czasu, idę najpierw do Echo Valley,  gdzie na skałach wiszą trumny, w taki sposób ludzie z plemiona Ifugao chowali zmarłych.  Najpierw przechodzę obok kościoła, potem przez cmentarz, aż w końcu dochodzę ścieżkami do miejsca, gdzie wiszą trumny i jakieś doczepione do nich krzesło,  dziwne jest to miejsce, jakbym był w jakimś matriksie. Potem jeszcze widziałem podobne trumny w drodze do jaskiń, ale o tym powiem Wam potem.

Cisza nocno-policyjna :

Wieczorem zaczynam szukać jakiejś nocnej knajpki z muzyką i piwkiem, a tu... nic, totalnie nic!  Nie wierzę, ale też i nie daję za wygraną i szukam dalej. Po chwili patrzę: jest na górce mały baraczek z zamkniętymi futrynami oknami, oblepiony zdjęciami reggae, ktoś wchodzi, idę za nim, a tu... Hello Darek!!! No proszę – wesoły jeepney zajechał do baru !  Wszyscy już tam byli, też dużo się naszukali, aby w końcu znaleźć jeden i tylko jeden night bar w Sagadzie.  Siadam koło Włochów, zamawiam piwko Red Horse – 60 peso za 0,5 l, jest muza, jest piwo, są przyjaciele,  jest cool, aż tu nagle... Pod okna baru na krótkim sygnale podjeżdża policja, barman w popłochu gasi światło i gestem palca na ustach ucisza wszystkich.  Ciszzzzzzaaaaaaaa... patrzę na zegarek – jest 23:30 – o co chodzi?  Nie kumam... Po chwili barman zapala świeczki na stole i mówi, że zero muzy . No tak, ale wesoły jeepney musi śpiewać dalej.  Wpadłem chyba na genialny pomysł. Wyciągam swój telefon, kładę go na stół, włączam MP3  i już wszyscy się cieszą – nawet barman był zadowolony, a ja jeszcze bardziej, bo oprócz Adeli  czy M. Buble posłuchali naszej polskiej muzy. Balkanica podobała się chyba najbardziej . No tak, ale nawet telefon ma swój koniec – bateria się wyczerpała.  Czas spadać. Żegnam się z przyjaciółmi: See you...  Idę spać – rano w planach jaskinie i 3 godziny czołgania się się po śliskich jak mydło skałach,  wdrapywania się na nie, ale całe szczęście z przewodnikiem.  Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że będzie to dla mnie najbardziej ekstremalna wyprawa  w nieznaną ciemność ogromnych jaskiń Sagady. Nie wiedziałem też, że o mało nie zostałbym tam na stałe w małej dziurze, a swoje buty gdzieś w drodze zgubię .. Ale o tym za chwilę...

każdy ma swoją drogę krzyżową : 

Rano wstałem już o 7 – tak tak, nie jestem z tych co śpią do 12-tej.  Nie wyobrażam sobie, jak można tak gnić do południa. Idę szukać wyprawy do przejścia między  jaskinią Lumiang i Sumaging, ale tylko z przewodnikiem. W Sagadzie są dwa takie punkty dla turystów.  Pierwszy – ten przy rynku – największy punkt informacji turystycznej ma niezbyt dobre ceny.  Idę dalej, w dół jakieś 300 m po prawej stronie jest biały, niewielki budynek,  gdzie pytam się o cenę takiej wyprawy: Single? Yes. 1200 peso za 3 godziny z przewodnikiem.  Nie nie, to proszę mnie dokooptować do grupy. OK, ale musisz tu stać i czekać, jak ktoś będzie  zamawiał wyprawę, to wtedy się załapiesz, OK? OK. Pogoda dziś piękna – słońce od rana, błękitne niebo, nie wiem, jaka temperatura, ale 26 st. to pewnie jest. Kupuję wodę – 1 litr za 30 peso. Siadam na schodach, nogi wyciągam na ulicę, bo dość wąsko i  jak kot w słońcu grzeję swoje ciało – jest fajnie .Długo nie czekałem – podchodzi dwóch Kanadyjczyków. Yes! Yes! Jun Calestino z synem – Kanadyjczyk,  ale urodzony Filipińczyk.  Idziemy do jaskiń z przewodnikiem Carlo, na koniec mam zapłacić 400 peso – to super cena .Dochodzimy do jaskiń – wcześniej parę fotek przy wiszących trumnach, z niektórych z nich  wystają kości... upssss..., są tam duże i maleńkie drewniane trumny –  to miejsce jest dużo ciekawsze od Echo Valley. Idziemy dalej w dół, jest coraz ciemniej. Carlo zapala lampę naftową. Wszyscy idą gdzieś dalej, my skręcamy w jakąś wąską szczelinę –  robi się coraz ciaśniej, nagle wąska i głęboka dziura w skale. Carlo wchodzi tam pierwszy, zarzuca linę.  Kanadyjczycy pierwsi wchodzą – strasznie wąsko, nie dam rady. Oni już są na dole, teraz ja... Patrzę w dziurę – o w mordę jeża : 3 m w dół na linie, nieeeee, ja przecież mam prawie 100 kg!  Jak ja przecisnę się przez tę chyba 60 cm dziurę? Wtedy myślę sobie: kurcze ile ja mam w pasie???  Ale dość tego – jedna noga już weszła, druga też, rękami trzymam się liny, pomału przeciskam  się w dół, aż nagle – kurczę blade, nie mogę dalej, na biodrach i na brzuchu się zatrzymałem...  Jun ciągnie mnie za jedną nogę, Carlo za drugą – nie lada ubaw ze mnie mieli, ale mi do śmiechu nie było, już miałem się cofać, ale udało się – prześliznąłem się! Uffff... Brzuch sobie lekko podrapałem, a portki trochę pękły, ale szczęśliwy byłem, że już jestem w jaskini. Nie wiedziałem jeszcze, że to tylko pryszczyk w porównaniu z tym, co mnie czeka dalej...  Patrzę w górę na tą dziurę, ale ze mnie poeta . I mówię sobie: No cóż, Neronek, nie masz już powrotu, musisz iść dalej... Idę dalej... Nie będę Was zanudzał, co gdzie i jak było dalej. Powiem Wam tylko: było ciężko, nawet buty zgubiłem, ale oczywiście Carlo cofnął się z lampą i je odnalazł. Były wspinaczki na linach, ślizganie się na dupsku po mokrych kamieniach, były nietoperze,  które obsrywały mnie, chyba tylko na szczęście, i były cudowne, piękne, błyszczące raz w złocie,  raz w srebrze stalaktyty i stalagmity. Takie cuda widziałem pierwszy raz w życiu.  Po 3 godzinach drogi podziemną rzeką, dość płytką, doszedłem do centrum jaskini, gdzie znajdują się  chyba najpiękniejsze stalagmity. Ogromne, złote, błyszczące wkoło naturalne baseny pełne zimnej, ale krystalicznie czystej wody. Wszędzie widać turystów – to ci, którym nie chciało się tu dotrzeć okrężną drogą jak ja, ale zeszli w 30 minut, praktycznie nie męcząc się wcale. Ale za to ja byłem cały w skowronkach, szczęśliwy że udało mi się przejść jaskinię cało, choć z małymi zadrapaniami na brzuchu i kolanach a także rozwalonymi portkami, ale się udało!

"Jasność, widzę jasność" – krzyczę, ale nikt nic nie kuma, o co mi chodzi, no bo niby skąd .

Wyszliśmy razem z przewodnikiem na zewnątrz. Piękne Słońce nadal świeciło, niebo było błękitne, a pola ryżowe w tym Słońcu wyglądały tak pięknie zielono, jak wielkanocna trawka, a na niej świąteczny  zajączek.  Szczęśliwy mówię wszystkim, że stawiam kolejkę, teraz idziemy na zasłużonego Sam Miguela. I tak minął kolejny dzień w pięknym miasteczku Sagada.

Masaż u Katrin  :

Po powrocie do hoteliku od razu prysznic. Po drodze spotkałem Zofię –  mówi mi, że wraca właśnie z masażu i że za jedyne 300 peso – 23 zł – i to aż 2 godziny!! Katrin –  bo tak miała na imię masażystka –  bardzo dobrze masuje,  masaż filipiński podobny jest do szwedzkiego  z tym że ja nie znam ani tego, ani tego. Mówię jej że tajski, laotański to znam, że jest fajny. Zofia mówi mi, że tajski jest za bardzo ugniatający, że ten jest łagodny. Oczywiście, że idę po takim dniu koniecznie!  Jak się okazuje, w Sagada jest tylko jedna masażystka – to właśnie Katrin.  Uwierzcie mi, ugniatała mnie tak delikatnie, że byłem chyba w siódmym niebie, równe 2 godziny razem z masażem głowy. Po wyjściu czułem się, jak nówka nierdzewka, jak nowo narodzony – to było mi potrzebne! Wieczorkiem wpadłem ponownie do znanej mi już knajpki reggae i znowu ten sam scenariusz – nie będę go opisywał, bo już wiecie, co i jak. Rano czas się pakować .  Jest niedziela, 6:30 msza święta, ludzi w Sagadzie dużo więcej. Jeepneye czekają na placu – czas wracać do Banaue.  Kupuję bilet, jest tańszy Sagada – Bontoc – Banaue: cena 40 + 120 peso.

Będę tęsknił za klimatem tego pięknego spokojnego miasteczka. Do zobaczenia, Sagado.

Banaue – powrót:

Po 4 godzinach, z przesiadką w Bontoc, dotarłem ponownie do Banaue.  Jeepneye kończą i zaczynają swoje kursy na placu w Banaue.  Biorę plecak, idę do już wcześniej przeze mnie ustalonego miejsca noclegu, do  Peoples Lodge and Restaurant. To dość duży hotelik, ale lekko obskurny – za pokój z czystą pościelą, z lekko zniszczonym  WC, bez okien, płacę 600 peso (40 zł). No tak, ale nie mam większego wyboru w Banaue są jeszcze inne hoteliki, ale ceny to 1000 peso.  Zresztą, ten jest nawet fajny, bo ma piękny, duży taras z widokiem na całe Banaue i dużą restaurację.Podają tam chyba najsmaczniejsze posiłki, jak potem zauważyłem przychodzili na nie nie tylko ci,  którzy nocowali tutaj, ale także goście z innych hotelików. Ceny nie są niskie jak na Filipiny, śniadanie to koszt 150 Peso. Do wszystkiego podają fioletowy ryż. Zastanawiałem się, czemu ma taki nieciekawy kolor. Teraz już wiem: to jest czarny ryż – jeżeli go filtrujemy będzie miał kolor fioletowy.  Ja tam jednak wolę ten tajski, kleisty . W Banaue nigdzie nie kupicie piwa większego niż 0,33 ltr (50 peso).  Smażona ryba + ryż to koszt 170 peso, czyli nie tak tanio.  Lepiej udać się 200 m na plac i kupić za jedyne 30 peso hamburgera (nawet zjadliwy) lub coś z grilla za 10 peso, albo pączka (od 5 do 10 peso), smaczne. A dla smakoszy jaj polecam balut – najlepiej ten 7-dniowy.  Smakowałem go w El Nido, ale o tym opowiem Wam potem. Zastanawiałem się wcześniej, w jaki sposób mam zobaczyć Batad i wodospad Tappiya. Początkowo chciałem samemu tak normalnie z kopyta iść do Batad i chyba tylko zmęczenie długą podróżą z Polski (2 dni), a także obolałe kości z włóczęgi po jaskiniach Sagady,  każą mi wykupić za 500 peso wyprawę od godz. 8:30 do 16–tej. Zresztą, nie będę się już męczył – tak sobie początkowo myślałem, ale jednak nie,  dostałem kolejnego kopa .

Batad – pola ryżowe i wodospad Tappiya:

Najpierw dojechaliśmy busem do punktu skąd wszyscy idziemy do Batad. 

Patrzymy w dół, w stronę Batad – ogromna mgła. No tak – myślę sobie – dupa blada, nic z tego,  widoków pięknych pól ryżowych nie zobaczę, ale przewodnik się śmieje i uspakaja nas, że będzie wszystko OK!  Jest godz 9.30. Schodzimy w dół i tak ciągle w dół i w dół... po 30 min. myślę sobie:  jak będę wyglądał wracając ? Po chwili mgła osiada, oczom naszym ukazują się przepiękne pola ryżowe, ale przewodnik mówi nam, że to nie są jeszcze te najpiękniejsze. Idziemy dalej i dalej w dół... Aż w końcu z góry widać maleńką, spokojną wioskę, otoczoną polami ryżowymi i cudowny widok –  to właśnie jest Batad. Schodzimy do wioski.   Mały odpoczynek, dwie osoby mają plecak – będą tutaj  nocować. Jest tam parę noclegów, wszystkie noclegi są u rodzin. Pytałem o ceny – od 300 peso za noc. Jest szkoła, jest też kościół i widoki takie, że zaczynam żałować  tego, że nocleg mam w Banaue, a nie tu w Batad. No tak, tylko ten pomykający szybko czas sprawia, że gdybym tylko miał go więcej,  z pewnością zostałbym tu na minimum dwie noce. Mam dla Was, kochani, radę: nie warto nocować w Banaue, ale właśnie tutaj, w Batad.  Warto trochę się pomęczyć z plecakiem, ale gwarantuję, że będziecie zadowoleni z pobytu w Batad! Po małym odpoczynku idziemy dalej, tym razem dróżkami dzielącymi pola ryżowe.  Dopiero tam czuje się tę wielkość pól ryżowych. Od razu przypominam sobie moje ukochane  miejsce na Ziemi – Yangshuo w Chinach.  Co jakiś czas widać pracujących ludzi sądzących zielony ryż – strasznie ciężka to praca, ciągle w błocie. Cisza tu, jak makiem zasiał – a raczej ryżem zasiał. Piękną soczystą zieleń widać dopiero, jak Słońce mocniej zaświeci, wtedy robi się jak w bajce...  A my idziemy dalej, raz w górę, raz w dół do wodospadu Tappiya, więcej w dół, niż w górę – aj, będzie ciężki powrót...  Po 30 min. docieramy do wodospadu – z daleka wygląda na duży, z bliska chyba jest jeszcze większy. Jest tam bardzo miło i tak świeżo pachnie przyrodą, to właśnie od dzikiej zieleni  porośniętej na skałach obok spływającego wodospadu. Raczej nikt się nie kąpie –  zimna woda, jednak tak krystalicznie czysta, że wypiłbym ją, jak smok wawelski Wisłę.  Posiedziałem, odpoczywałem na kamieniach pod wodospadem, wsłuchując się w szum wodospadu Tappiya. Nie chciałem myśleć o tym, że w drodze powrotnej będę szedł 2-2,5 godz. ciągle w górę! Pytam więc przewodnika, czy może jest w okolicy jakiś śmigłowiec? Zapłacę!  Gościu bardzo sympatyczny, chudy jak tyczka, śmieje się od ucha do ucha i daje mi duży kij do podpórki.  No kurczątko, że też nie pomyślałem o tym wcześniej...  Nie oglądam się za siebie, idę śmiało do góry, śmigłowiec i tak nie przyleci. Pytałem się dyskretnie przewodnika, ilu białasów poległo tutaj w tych przepaściach,  bo stromo tutaj jak diabli, odpowiedział mi po cichu: 8 osób.  Wystarczy mała nieuwaga, małe zachwianie i lecisz chłopie w dół... albo kobieto lecisz w dół.  To nie są żarty, trzeba uważać. Ale też nie można przesadzać, ważne są dobre buty,  bo tutaj kamień na kamieniu i dużo humoru, bo to sprawia, że nie czujemy trudów zmęczenia podróżą –  to najlepsze lekarstwo. I tak doczołgałem się do punktu wyjścia, a tam nadal mgła.

Wypadek :

Wsiadamy w busa, jedziemy z powrotem do Banaue. est godzina 15-ta.  Na drodze raz są roboty drogowe, a raz jakieś kamienie wtoczyły się na drogę, trzeba czekać...  Nagle widzimy wypadek – młody chłopak leży nieprzytomny na drodze pełnej kamieni...  Drugi zwija się z bólu, ich motor jest roztrzaskany.  Kierowca i przewodnik wyskakują na pomoc z busa.  Podbiegam i ja im pomóc. Zakrwawiona twarz chłopaka nie daje odznak życia. Przewodnik bierze go za ramię, ja za nogi i ostrożnie kładziemy go do busa.  Dwóch Niemców i reszta osób w busie robi dla niego miejsce.Dzwonią gdzieś do najbliższej wsi – tam jest podobno jakiś lekarz.  Po 10 minutach słyszę, jak chłopak odzyskuje przytomność, ale strasznie krzyczy widać, że z bólu. Uspakajają go wszyscy, ale to nic nie daje. Zaczyna się rzucać –  to pewnie taki szok. Zbliżamy się do wsi, skąd zabierają chłopaka dalej... Uff – myślę sobie –  całe szczęście, że żyje! Po 16-tej dojechaliśmy szczęśliwe do Banaue.Na dziś starczy wrażeń – idę coś wciągnąć na ruszt, ale wcześniej mocna kawa.

Banaue , Banaue View Point i plemię Ifugao:

Dziś już ostatni dzień – pomału czas żegnać się z północnym Filipinami.

Wstałem dziś koło 8 rano – generalnie jestem z tych, co wstają z kurami, nie potrafię spać dłużej niż do 8-ej –   to dla mnie maks.  Poszedłem na rynek, nie chciałem zjeść śniadania w hoteliku, ale usiąść gdzieś, wypić czarną,  mocną kawę i zagryźć pączkiem. Zauważyłem, że takie filipińskie cukiernie mają tutaj duże wzięcie.  Ludzie kochają tutaj pączki, ciastka, bułki... Prawdziwego naszego chleba niestety nie ma, są jedynie różnego rodzaju tosty, których nie cierpię. Kawę kupuję gdzieś na rynku. Siadam sobie pod jakąś strzechą, popijam kawę, zagryzam pączkiem.  Ot, takie dziś mam śniadanko...

Betel lepszy od papierosa :

Aż nagle patrzę, a obok mnie jest kosz-spłuczka, gdzie żujący tzw. betel (taki dopalacz – liść palmowy z wapnem i czerwonymi pestkami palmy) wypluwają kulturalnie do kosza to, co przeżuli. No tak, ale czemu teraz tu przy moim śniadaniu.  Ale dobrze że jest kosz, bo w Birmie betel wypluwają dokładnie wszędzie ulice, chodniki, dworce są zaśmiecone czerwoną śliną. Jest 9–ta rano. Idę do góry schodami, skąd przyjechałem do Banaue, aby sprawdzić czy bilet powrotny,  który już wcześniej kupiłem w Manili (450 peso) jest ważny.  Podchodzę do drewnianej, starej budki. Autobus linii Ohayami już tam jest, pokazuję bilet.  Pani mówi mi, że wszystko OK i że mam tu być o 19-tej. Dowiaduję się także, że w autobusach tych jest Wi-Fi i jak się potem okazało, nawet nieźle pomyka. No tak, ale czasu mam dużo. Oddaję w hoteliku do przechowalni swój bagaż za friko.Biorę tricykla taki motorek, którym jeździł Hans Kloss – za 50 peso.  Wsiadam, jadę w górę na View Point obejrzeć najstarsze na świecie, 2000-letnie pola ryżowe i spotkać się z plemieniem Ifugao  gospodarzami tych ziem i pól.Droga jest bardzo dobra, ciągle w górę, ale po asfalcie, po 20 minutach jestem na miejscu. Witają mnie ludzie z plemienia Ifugao. Siadam sobie koło nich. Wiem, że żyją z białasów, a że białasów tam dziś jak na lekarstwo, daję im 20 peso,  a potem na koniec jeszcze 20 peso.  Robię sobie z nimi parę fotek, pan gra mi na fujarce, znaczy się na swojej drewnianej fujarce  coś tam gra

Idę na taras i siadam z wrażenia na dupie – ale widok, w mordę jeża !

Piękne miejsce! I tak sobie siedziałem chyba ze 2 godziny.  Czasami mgła przykrywała pola, a czasami Słońce oświecało soczystą zieleń pól ryżowych – żyć, nie umierać ! Rozleniwiłem się troszkę, nie chciało mi się iść tam na pola ryżowe, wolałem oglądać je z góry,  dość już nachodziłem się w Batad. Czas wracać do Banaue. Idę w dół  asfaltem , piękne widoki i tylko spokojnie  sobie schodzę  to to ja lubię .Po drodze spotykam pana z dzidą z plemienia Ifugao – zostały mu tylko 3 zęby, ale dzielnie się trzyma. Dalej wchodzę do przydrożnego sklepiku, kupuję zielone mango, siadam, rozmawiam sobie z ludźmi  generalnie o wszystkim...  Jeszcze tylko kupuję jakieś drewniane małe figurki strugane przez starszego dziadka przy ulicy,  smakuję suszoną kawę i dalej...  Tak po 3 godzinach jestem ponownie w Banaue. Ostatki w Banaue: o godzinie 18–tej kupuję ostatniego w Banaue San Miguela, siadam na tarasie  w hoteliku, ostatnie spojrzenia na pola ryżowe... Biorę plecak, idę schodami do góry.  Autobus Ohayami już czeka, nawet dwa, bo jak się okazało dostawili drugi.  Wsiadam, jest godz 19–ta, rano o godz. 5-tej mam być w Manili.

Banaue Sagada Batad  - Film :

https://www.youtube.com/watch?v=TnPGOaqveB0

  Filipiny  Centralne - Cebu , Bohol , Tagbilaran ,  Baclayon , Pamilacan

Po 9 godz jazdy z Banaue wreszcie jestem w Manili na dworcu autobusowym Ohayami . Podróż przebiegła spokojnie choć raczej nudno spałem całą drogę ... Jest 5 rano słońce pomalutku i nieśmiało zaczyna wychodzić na dzień .Razem z Hiszpanem i jego świeżo upieczoną żoną bierzemy białe taxi .
Uzgodniliśmy 300 Peso kierowca trochę kręcił nosem ale nie miał wyjścia .Ja jadę na terminal 4 skąd dalej liniami Tiger Air polecę do Cebu , oni zakręceni jak słoik od dżemu , nie kumają z jakiego terminalu ich samolot odlatuje . W Manili są 4 Terminale odległe od siebie o parę km 
Dlatego ważne jest aby wcześniej dowiedzieć się z jakiego  terminalu odlatuje Wasz samolot . 
Najgorsze terminale bez klimy itd to 4 i 1 :
Terminal 4 / Air Asia , Tiger Air / 
Terminal 1 / Etihad , Emirates , China , Quatar / 
Terminal 3 / Pacyfic / to nówka nierdzewka czysty z pełną klimą itd.. /

Po 20 min dotarliśmy do terminalu 4 wysiadam płacę 100 Peso ,  jak się okazuje oni jadą dalej na terminal 3 . Lukam na bilet o której mam lot ? 
No tak dopiero 12.10 , po chwili dowiaduje się , że jednak jeszcze dłużej bo 15.30 Ok , ale co mam zrobić z bagażem , na terminalu nie ma przechowalni !  W końcu w jakimś biurze proszę o zgodę aby zostawić bagaż płace im 50 Peso zadowoleni :) uff ja także .O godz 10 umówiłem się na terminalu 3 z Pawłem  Polakiem który chciał się ze mną zobaczyć  Wracał właśnie z Mindanao a o 14 miał lot do Chin . Jest 7 rano idę w stronę jakiegoś bliżej nie znanego mi marketu uliczneg. Wcześniej przed mostem stoją jeepney , skąd potem udam się na terminal 4 zobaczyć się z Pawłem .
Dochodzę do ulicznego marketu oczom i uszom nie wierzę ... hałas smród spalin , masa dosłownie masa kolorowych jeepney . Idę sobie gdzieś środkiem ulicy , dziwne się czuję ... myślę sobie : Welcome Manila Neronek ! Nie spotkałem nigdzie białasów miałem wrażenie że jestem tam tylko ja jeden . Aparat na szyję i w drogę ... to właśnie jest przygoda i to właśnie kocham :  tropikalne owoce , warzywa mało mi znane , ludzie śmiejący się do mnie ,  każdy chce aby zrobić mu fotkę ...  Czy nadal macie jakieś wątpliwości dlaczego zawsze w podróże wybieram się sam ?  Koło 9 wsiadłem w jeepnay płacę 5 Peso , 10 min i dojechałem do terminalu 4 . Właśnie wylądował samolot z Pawłem , znaliśmy się jedynie z Facebooka . Chcieliśmy opuścić terminal 4 i iść gdzieś na zewnątrz na jakieś zimne piwko . No tak ale to nie jest takie łatwe musielibyśmy sporo czasu stracić aby gdzieś chociaż  przy ulicznym sklepiku usiąść i porozmawiać . Postanawiamy zostać na terminalu , tym bardziej że Paweł miał duży plecak , jest gorąco a tutaj jak już pisałem jest nowy ładny klimatyzowany terminal . Siadamy kupujemy puszkowego zimnego San Miquel 0,33l 40 Peso , jeden potem drugi ....  sporo dyskutowaliśmy o Filipinach .  Paweł jest już rok w podróży , szczęściarz  . Zakochany w dalekich południowych Filipinach w Mindanao .Sporo się od niego dowiedziałem , za rok jak Bozia da zdrówko i kasiorę chciałbym także  zobaczyć Mindanao łącząc swoją podróż koniecznie z Pamilacan Island . No tak ale czas szybko płynie , tak samo jak to nasze zimne San Miquel ....  czas wracać na terminal 3 . Wracam do pkt skąd przyjechałem wsiadam w pierdzącego jeepney i po 15 min jestem na lotnisku . Jeszcze mała czarna kawa , odbieram plecak idę na odprawę ... Jak się okazuje w Manili są zniesione opłaty lotniskowe bynajmniej nie ma ich na terminale 3 i 1 / tylko na międzynarodowe loty / Wsiadam w Tiger Air i lecę do Cebu... Lot tak szybko minął że nawet nie zdążyłem oka zmrużyć .

CEBU

Wysiadam z samolotu jest godz 17 szybko opuszczam lotnisko szukam Taxi ,  ponieważ ostatni prom do Tagbilaram mam o 18.35 a biletu jeszcze nie mam . Zaraz przy wyjściu staję w długiej kolejce do białej taxi . Spoko nie było przekrętów , każdy mówi gdzie jedzie i dostaje bilecik z nazwą miejsca dokąd się udaje Zaraz po wejściu do Taxi kierowca sam włącza Taxometr . Po 25 min jestem w porcie Cebu . Kierowcy płacę 200 Peso , zatrzymał się przy kasie biletowej a więc nie miałem problemów z zakupem  biletu do Tagbilram. Wybieram Oceanjet od razu kupuję powrotny na 17 .03 godz 7.30 rano , płacę 400 +400 Peso . Szczęśliwy że udało mi się zdążyć na czas idę do portu .  A tu kontrola za kontrolą jak na lotnisku , muszę wykupić opłatę portową 25 Peso + 50 Peso  za bagaż siadam i cierpliwie czekam na prom .... jakiś niewidomy zespół przygrywa tak głośno że uszy więdną .Jest już ciemno wsiadam do promu uff za 2 godz będę w Tagbilaram mam tylko  nadzieję że jakiś nocleg tam znajdę ....

 Tagbilaran:

Do portu w Tagbilaran dopłynąłem około godz 21–szej. Od razu wsiadam w tricykla, ustalam cenę 50 peso.  Wiem, że powinienem tylko 20 peso, bo centrum jest blisko, ale jest tutaj ciemno jak w... wiecie jak. Proszę kierowcę, aby znalazł mi jakiś dobry nocleg w centrum do max 600 peso.  Kręci głową, że będzie ciężko. Wsiadam, jedziemy...  Jeden za 700 peso – brak miejsc, jest i drugi, ale chyba zabiłem ich śmiechem: za taką dziurę 1200 peso!   Idę do następnego... jest, no tak, 850 peso – drogo!  Zauważyłem, że nie mam już większego wyboru –  w końcu jadę, lecę, płynę aż z północy z Banaue, to już 27 godzin podróży – lekko mam już dosyć...  OK, nie mam wyjścia – zostaję na noc tutaj. Pokój jest duży, z dużym łożem, z łazienką, TV, AC. Biorę prysznic, jest już 22:30 i idę w miasto... Generalnie nic ciekawego – ulice puste, ciemne.  Znalazłem w końcu coś z grilla, jakiś kurczak na patyku za 10 peso mały, za 30 peso większy kawałek. Siadam, proszę o piwko. No bo jak – grill bez browarka? Pani się śmieje, że nie mają piwa... What!?  Tłumaczy coś, że za rogiem jest sklep – idę, jest... Uff, kupuję San Miguela.  Wracam, siadam na jakimś połamanym, plastikowym krześle – nareszcie kolacja. Wracając do hotelu patrzę, a tu za rogiem jest mała kafejka internetowa –  obskurna, ale w końcu pierwszy raz od 7 dni mam kontakt ze światem.  Patrzę w kompa i oczom nie wierzę, co ten Putin wyrabia...  Będzie III wojna światowa ?  Wracać, nie wracać... Wkurzyłem się. Na razie to ja idę spać. Zobaczę, co jutro dzień przyniesie. 

Jutro płynę na maleńką, rajską wysepkę pełną wiejskiego klimatu i rajskiego uroku, ale to jutro...

Baclayon:

Z Tagbilaran do Baclayon pojechałem jeepnayem koło 9-tej rano, 10 peso, 15-20 minut. Baclayon to stary, zabytkowy, kamienny kościół z 1724 roku, spory bazar i mały port,  skąd koło 11-tej odpłynę na maleńką wyspę Pamilacan.  Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to właśnie Pamilacan będzie moim numerem 1 na Filipinach!  Po przyjeździe do Baclayon miałem sporo czasu, a więc udałem się dokąd?  No pewnie, że tam, gdzie jest co zjeść – na bazar.  Kupiłem jakiegoś kurczaka z curry, a raczej z kościami tego kurczaka i curry.  Tutaj na Filipinach jedzenie jest podobne do tego w Birmie czy Indiach. Kurczak podawany jest z kością, która wcześniej przed smażeniem jest tłuczona na parę części.  Twierdzą, że tylko wtedy kurczak jest smaczny... Hmm... no może coś w tym jest.  Tylko to ciągłe cyckanie tego kurczaka jest denerwujące. A czas sobie płynie banalnie, tik-tak...  No tak, aż nagle widzę, że ktoś mi macha i krzyczy do mnie: Hello Darek!  To był Jojo, czyli Jojomar Mijos – Filipińczyk, student mieszkający na Pamilacan, z którym umówiłem  się tutaj w porcie, aby płynąć na wyspę.  Podchodzę bliżej, patrzę na Jojo, pantofelki wydziergane w tygryska.  Myślę sobie: ladyboy, zresztą i tak wcześniej wiedziałem o tym, ponieważ namiary do niego,  a raczej na wyspę Pamilacan, na której na plaży ma on dwa bungalowy, dała mi Marzena –  koleżanka z podróży po Tajlandii. Marzena – masz u mnie browarka na Khao San w Bangkoku :)

Pozwólcie, że tutaj na chwilkę się zatrzymam: 
Nie jestem homofobem, uważam się za osobę bardzo tolerancyjną i nie rozumiem tych,  co tak bardzo nienawidzą takich osób jak Jojo czy innych, jemu podobnych.  Zawsze powtarzam: homofobię się leczy i moim takim lekarstwem dla tych osób byłby samodzielny,  ale nie na koszt Państwa, co najmniej 4-miesięczny pobyt np. w Tajlandii lub Indiach w rodzinach,  w których mieszkają ludzie o innej orientacji seksualnej. Rada moja jest taka: "nie zaglądajcie innym  do łóżka, ten problem da się wyleczyć". No dobrze, wracamy na ziemię, a raczej do morza południowochińskiego, a jeszcze ściślej do wody. Jojo zaprowadza mnie do bangki – to taka filipińska łódź z bocznymi pływakami, które pomagają utrzymać łódź w czasie dużych fal. Wrzucam plecak do bangki, którą pokieruje brat Jojo – Denis.  Płynę sam, ponieważ Jojo zostaje w Tagbilaran na uniwersytecie do piątku.  Potem na weekend wraca do domu na wyspę. Jojo ma 5 braci i 2 siostry i wspaniałą mamę  Elizę i tatę Enasa, ale o nich opowiem Wam potem. Za łódź płacę 1500 peso, ale już w dwie strony, płynę 1,5 godziny. W oddali widać już maleńką Pamilacan –  okrągła wyspa z pięknymi plażami, białym piaskiem, palmami, bananami, kokosami, rafami,  gdzie gwiazdy i rozgwiazdy spadają z nieba, a rybki Nemo są dokładnie wszędzie.  Woda jest czysta jak kryształ, ale najpiękniejszy jest sam wiejski filipiński klimat Pamilacan. Mieszka tutaj parę rodzin. Hodują kozy, chude krowy, kury, świnie i koguty – jak przystało na Filipiny – są wszędzie! Zielona trawa sprawia, że za chwilę zwariuję. 

Nie wiem, co wybrać: plaża, trawa... 

Pamilacan – rajska maleńka wyspa z wiejskim klimatem i cudownymi mieszkańcami:

RAJ.
Każdy go widzi inaczej, ale gdy większość z nas zamknie na chwilę oczy i powie sobie słowo raj, widzi –  no właśnie, co? Białe lub złote plaże z błękitnym, ciepłym morzem z palmami schylającymi się leniwie ku plaży itd... I ja właśnie taki raj znalazłem.  To maleńka, okrągła wyspa otoczona pięknymi rafami, jakich nigdy wcześniej nie widziałem, białym jak mąka babuni piaskiem, pięknymi palmami, cudownymi muszlami na plaży. 
Ale przecież w raju można mieszkać, żyć.  To właśnie tutaj jest ta prawdziwa filipińska wieś, jest tu wszystko –  od świń przez kozy, krowy, a kończąc na kogutach.  To wszystko znajduje się na pięknej, zielonej trawie, na której rosną wielkie palmy i małe domki  zbudowane z liści bambusa. A w nich... najwspanialsi ludzie, jakich dotychczas spotkałem! Nie będę Was zanudzał, jak wyglądał każdy dzień pobytu w moim raju, ale uwierzcie mi – było bosko! Jak już wcześniej pisałem, bungalow był nowy – jak wyglądał, sami zobaczcie. Za noc płaciłem tylko 850 peso (60 zł). Uwaga: wliczone było także śniadanie i obiad.  Zawsze był deser, banany, arbuz, ananas...  I kawa w termosie cały dzień, no i woda do picia. Eliza, mama Jojo, bardzo miła Pani,  codzienne z Enasem (jej mężem) przynosili mi na plażę pod taki szałasik śniadanie i obiad.  Owoce morza – tutaj przyznam się, że nie jestem ich fanem –  były codziennie, ryba smażona, jakieś placki ryżowe z rybą.  Trochę głupio się czułem, dlatego poprosiłem ich, że chciałbym jeść u nich w kuchni razem z nimi w ich bungalow.  Oczywiście, że się zgodzili. Nie wiedzieli, że ja w kuchni to wariuję... Kocham gotować i kocham jeść. Wieczorem powiedziałem Elizie: "Jutro zjecie śniadanie – takie nasze, polskie".

Polska jajecznica 

 Bardzo się ucieszyli i pytali, co to będzie? Ja im spokojnie: zobaczycie rano, cierpliwości, kochani.  Mówię Elizie, aby na 8 rano w kuchni zostawiła mi: olej, 4 jaja (tylko nie balut),  cebula, pomidor, szczypiorek, sól – no tak, ale oni jej nie mają, ale mają sos sojowy – OK –  pieprz i coś z mięsa. I tu był problem: kiełbasy nie mają, kurczak i świnia są, ale surowe – lodówek nie ma.  Tymczasem jest już godz 21.  Wołam Enasa, Dexter  i Jojo i idziemy do jedynego, małego sklepiku, gdzie już siedzi parę osób:  Ethna i jej córka, i kolega Dextera . Mówię im: no to co, po kieliszku? Idę po ostatki mojej żubrówki,  humor nam dopisuje, wódeczka – jak widzę – także... No tak, ale wszystko ma swój koniec... Żubrówka też. Kolega Dextera  poprosił mnie o pustą butelkę po Żubrówce – myślę sobie, no fajna pamiątka :)  Jest nas jakby coraz więcej, w końcu – jak się okazuje – na wyspie jestem z białych tylko ja.  Dzieciaki prawie mi na głowę wchodzą :) Przynoszę pod sklepik przywiezione upominki z Polski i jak  św. Mikołaj zaczynam rozdawać, a to mydełka jabłkowe (jabłka u nich nie rosną, a więc to tak, jak u  nas mydełko ananasowe – są takie?), a to landrynki, zeszyty, długopisy, farbki itd... 
Bardzo się cieszyłem z ich radości, a dzieciaki były tak szczęśliwe, że aż serducho mi z radości bardziej biło. Miałem także w planach zostawić gdzieś w najpiękniejszym miejscu dużą flagę  Polski z orłem i dać ją komuś dobremu.  Przyniosłem ją z bungalow i od razu bez zastanowienia przekazałem ją Dexterowi.  Chłopak był chyba w siódmym niebie. Wiecie co zrobił? Ucałował ją i poszedł na chwilkę do domu.  Wrócił z drewnianą, ręcznie robioną kolorową rybą –  ściągnął ją ze swojej półki, ponieważ miała ślady lekkiego zużycia, ale to jest mało ważne.  Dał mi ją w prezencie. Nie będę ukrywał, ale miałem kluchę w gardle i łzy w oczach –  to był najpiękniejszy prezent, jaki w życiu dostałem: dlatego, że był to prezent dany mi prosto z serca. 
Oni naprawdę żyją skromnie, ale serca to mają ze złota! Denis z kolegą po chwili przynieśli filipiński rum. Oczom nie wierzę: 80% alkoholu! 
Moja Żubrówka 40% wygląda przy tym jak... sami wiecie, jak... trochę się ucieszyłem, bo myślałem, że ten rum będziemy pić z kieliszka, ale oni robią takie drinki  z taką filipińską mirindą i wiecie co – jest naprawdę smaczne! I tak sobie siedzimy przed sklepikiem, wesoło słuchamy muzyki z telefonów – raz oni słuchają muzę polską,  raz ja ich – filipińską.  Przesyłamy sobie MP3 przez bluetooth. Ja dostałem taką, którą potem ciągle w Filipinach nuciłem.  To "Esperanza" zespołu April Boy.
Jojo zasnął chyba po 3 drinku, Dexter  z kolegą zabrali go do domu, ciężki miał ten tydzień –  szkoła go wykończyła, a wódeczka uśpiła :) Na Pamilacan prąd jest tylko od 18–6. Największym problemem jest słodka woda –  niestety nie ma jej na Pamilacan. Dlatego muszą ją wozić aż 20 km z Baclayon, ale dzielnie sobie radzą. Wstałem rano, otwieram drzwi od bungalow – Słońce już wschodzi. Jest tak pięknie, że chce się żyć. 
Biorę ręcznik, okularki i idę do morza popływać. Czujecie to...  Wykąpany idę do kuchni Elizy zrobić nasze tradycyjne polskie śniadanie: jajecznica z pomidorami.  Patrzę, a tutaj już grupa dzieciaków czeka na mnie – dowiedzieli się, że będzie występ :) Wszyscy z zaciekawieniem patrzą, co też im zgotuję na śniadanie...  Eliza oczywiście wszystko starannie przygotowała – na wyspie nie mają nawet butli gazowych,  palą tradycyjnie na ogniu podpalanym suchymi liśćmi bananowca.  Czułem się w kuchni, jak Makłowicz gdzieś w podróży. Jajecznica na pomidorach wyszła smaczna,  Eliza ciągle zastanawiała się, po co mi ten zielony szczypiorek?  Dopiero na koniec, jak nim posypałem jajecznicę, powiedziała aaaaaaaaa...  I tak wszyscy skosztowali: i ci w środku, i ci lukający z okienek i drzwi kuchni. A mnie zaciekawiła suszona,  wisząca w kuchni ośmiornica. Dexter  dał mi ją posmakować, ale twarda... nie nie, ja dziękuję. W ciągu dnia Ethny koleżanka przyniosła do wsi żywą, właśnie wyłowioną ośmiornicę –  obślizłe, wstrętne świństwo – jak można to jeść, jeszcze farbuje. Dowiedziałem się, że na wieczór  będzie ta właśnie ośmiornica i że usmaży ją Eliza.  Zjadłem, ale nie chciałem im robić zawodu, ja naprawdę nie lubię owoców morza, czułem się,  jakbym jadł jakiś masajski laczek z opon samochodowych. Enas – ojciec Jojo i Dextera  – powiedział mi wieczorem, żebym wstał wcześniej o godz. 7-ej,  bo pojadę z Denisem i jego kolegą na delfiny.  Ja tam wolałbym siedzieć na wsi, ale no dobrze, nie odmawiam.  Pytam, ile mam zapłacić: free, zero, nic... no jesteście kochani! Rano wstałem i jak codziennie wykąpałem się w ciepłym morzu.  Przed bungalow czekała już Eliza ze śniadaniem, potem zaprowadziła mnie do łodzi, tzw. bangki,  gdzie już czekali na mnie Dexter  z kolegą. Wsiadam – jadę na delfiny...  Ciężko było je zobaczyć – podobno nie zawsze ma się szczęście. Ciągle płyniemy po błękicie morza i ciągle w stronę Słońca, ponieważ to dzięki promieniom słońca spadających  do morza znaleźć można pluskające się delfiny.  Mija godzina, dwie, koledzy coś do siebie mówią, ja im tłumaczę: słuchajcie, płyńmy wkoło wyspy, nic się nie stało, pewnie delfiny mnie nie lubią, a zresztą ja już je widziałem parę razy w  Tajlandii, np. na Ko Phi Phi i po drodze na Ko Lipe.

Opłynęliśmy całą wyspę – to były przepiękne widoki. Tego dnia jeszcze bardziej pokochałem Pamilacan.  Dexter  jednak nie dawał za wygraną i chciał płynąć dalej, ale stanowczo powiedziałem NIE –  płyńmy, chłopie, do domu – tam rum czeka.  Uśmiał się i po 3 godz. dopłynęliśmy do brzegu. 
Dwie godziny potem Dexter  podjechał skuterkiem i zabrał mnie na objazd wyspy na drugą część, tam, gdzie plaża  jest prywatna, gdzie stoi tylko jeden, wielki dom.  Jakiś bogaty gościu go wynajmuje podobno za 700 zł dziennie, myślę sobie: Boże, ja zapłaciłem za swój  bungalow jedynie 60 zł!!
Plaża tam jest piękna i totalnie bezludna – zresztą sami oceńcie, a w tym wielkim domu ani żywej duszy –  chyba z ceną przesadził. Na tej plaży znaleźć można wspaniałe duże, kolorowe muszle. Po drodze z plaży napotykamy pana, który niósł w koszu czarne jeżowce – 
widziałem je w morzu, ale zawsze bałem się je dotykać.  Tym razem wyciągnąłem jednego z kosza – dziwne uczucie.  Denis poprosił o jednego dla mnie, abym posmakował, nie no –  znowu jakieś owoce morza... OK, nie odmówiłem. W środku jakaś taka żółta masa. Smakowało mi jak słona ikra – nie było to takie złe, podobno  właśnie tak się je je – na żywo. I tak mijały dni jak z bicza strzelił, czas wracać. Niedziela rano, spakowany otwieram drzwi bungalow, a tam... wszyscy, których poznałem.  Ale mnie zaskoczyli! Czekali na mnie, aby mnie odprowadzić do łodzi, którą odpłynę do Baclayon.  Idąc, po drodze wszedłem jeszcze do kościoła... Tak tak, tam na wyspie mają kościół, a obok kościoła są  ruiny twierdzy wojsk hiszpańskich Magellana. Na plaży było mi smutno żegnać się ze wszystkimi – to były najpiękniejsze dni w moim życiu, poznałem  ludzi chociaż biednych, ale ze złotym sercem.  Obiecałem im, że wrócę do nich za rok, a ja nie rzucam słów na wiatr...

Powiedziałem im także, że zawsze będą w moim sercu... Kocham Was. Z kroplą łzy w oczach odpłynąłem, machając im na pożegnanie... a tutaj zapraszam Was do mojego kanału na You Tube   na filmik z Pamilacan  :

https://www.youtube.com/watch?v=nBCQbfjOO1o

Tagbilaran – Bohol:

Wróciłem  z Pamilacan łodzią, tzw. bangką, płynąłem  2 godz. Nagle mocno zaczęło wiać.  Huśtało łodzią strasznie, a czarne chmury nad nami sprawiły, że miałem lekkiego pietra.  Widząc jednak uśmiech na twarzy Dextera uspokoiłem się...  Tylko czy ten uśmiech to taka osłona przed tym, co mogłoby się – nie daj Boże – stać, czy też może uśmiech  z tego, że widzi w moich oczach lekki strach? Szczęśliwie dopłynęliśmy do portu w Baclayon. Dexter  i Jojo zaprowadzili mnie do jeepneya, który właśnie podjechał.  Pożegnaliśmy się, obiecałem im, że wrócę na Pamilacan, że słów na wiatr nie rzucam. 
Żegnajcie, przyjaciele!

Wsiadam do jeepneya i za 15 peso po 15 minutach jestem już ponownie w Tagbilaran.  Wiedziałem już, że znalezienie taniego noclegu na dobrym poziomie nie będzie łatwe, a że to tylko  jedna noc, wybrałem Miles Pension House w Tagbilaran – 850 peso.  Tutaj chciałbym powiedzieć, że generalnie noclegi na Filipinach to drugie, po wycieczkach,  najdroższe wydatki. Można taniej, ale warunki wtedy są fatalne – wszystko zależy więc od Was, a raczej od waszego budżetu. Zostawiam plecak i szybko szukam tricykla, aby dostać się do Corella Bohol:  do rezerwatu tarsierów, czyli najmniejszych ssaków z rodziny naczelnych na świecie!  Uzgodniłem cenę: w dwie strony 350 peso i po 30 min. byłem na miejscu. Kupuję bilet (50 peso) i jadę dalej jakieś 5 minut i już jestem na miejscu. Dziś pogoda pochmurna, lekko mży deszczyk, ale że to dżungla, więc jest super. 
Pokazuję bilet i razem z przewodnikiem idę szukać tarsierków. Gościu wiedział, gdzie są – ja na pewno bym ich samodzielnie nie odnalazł. 
Tarsiery to maleńkie i słodkie małpki, chociaż małpkami nie są. Mam być bardzo cicho –  podchodzę bliżej i bliżej... Nagle... pomału, jakby leniwie, otwiera jedno wielkie oko –  jak mnie zobaczył, to się lekko zląkł, takie miałem odczucie –  a ja przecież spokojny człowiek jestem.  Potem otwiera drugie oko – o kurczę, myślę sobie: on ma oczy większe od głowy :)  Dziwne zwierzątko, ale tak miłe, że chciałbym je chociaż wziąć na ręce, ale niestety nie można :(  Wiecie, że ET z filmu Stevena Spielberga to właśnie mała tarsierka?  Kończyny mają dokładnie takie same, z małymi kuleczkami zamiast paznokci.  I tak sobie robiłem zdjęcia, chodziłem i oglądałem je, były tam także te dopiero co urodzone maleństwa. Po godzinie wróciłem do Tagbilaran. Nie chciałem marnować czasu na czekoladowe wzgórza – naczytałem się sporo negatywnych opinii o nich, a czasu przecież mam jak na lekarstwo. Dlatego popołudnie zostawiłem na zwiedzanie Tagbilaran Poszedłem na tradycyjne filipińskie Lechon Manok – czyli taki kurczak z rożna. Smaczny, ale nie powalił mnie na nogi. Lepszy był ten, który zjadłem w Manili – Lechon Pork.  Jednak co świnia, to świnia, ale o tym opowiem Wam potem. I tak jakoś do wieczora chodziłem  leniwie po Tagbilaran oglądając port, z którego wcześnie rano wypłynę w drogę powrotną do Cebu. Rano wstałem bardzo wcześnie – o godz 6-tej, ponieważ statek do Cebu miałem o godz. 7-ej, a że do portu było blisko, więc udałem się pieszo. Bilet już miałem kupiony wcześniej w Cebu – opłaciłem tylko 50 peso za bagaż oraz  15 peso Tax Port (opłata portowa). Odprawa jest pod ogromnym namiotem – tam siedziałem i  cierpliwie czekałem na statek do Cebu.  W końcu jest. 

Pierwszym w tym dniu promem odpłynąłem do Cebu.

 Cebu – lot do Puerto Princesa na wyspę Palavan:

Po 2 godzinach dopłynąłem do Cebu Port, skąd pojechałem taksówką na lotnisko w Cebu.  Dołączyłem do Hiszpanów, którzy też wybierali się na lotnisko i w trójkę zapłaciliśmy za taxi po 100 peso. Po 25 minutach byliśmy na lotnisku. Lot do Puerto Princesa miałem mieć o 12:10...  ale jak to było już wcześniej i tym razem samolot miał opóźnienie, i to spore, bo dopiero o 15:30  miałem wylecieć do Puerto Princesa. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że w tym samym dniu nie zdążę na busa z Puerto Princesa do Sabang, gdyż ostatni do Sabang odjeżdża o 10 rano. Koniecznie musiałem wymienić $, ponieważ kurs w Puerto Princesa jest gorszy, a już w Sabang  nie wymienię wcale. Dlatego na lotnisku wymieniam $. Kurs: 1$ – 44 peso. 
Ale uwaga: są dwa kantory – jeden na Terminal Domestic 1$ – 43 peso, a na  Terminal International 1$ – 44 peso. Wystarczy tylko 3 minuty, aby przejść na ten drugi. Uwaga: Na lotnisku w Cebu zostały zniesione opłaty lotniskowe! obowiązują one tylko  przy wylotach międzynarodowych: 500 peso. Przy wylocie z Puerto Princesa  trzeba jednak zapłacić opłatę 100 peso na loty krajowe.

Palawan -Zachodnie Filipiny :

Puerto Princesa – terminal autobusowy San Jose:

Na lotnisku w Puerto Princesa wylądowałem około godz 16.  Lotnisko jest bardzo małe, ciasne i ma swoje lata. Biorę plecak, idę na zewnątrz. 
Od razu omijam ludzi machających mi jakimiś karteczkami hoteli, nazwiskami itd...  Naganiaczy trzeba szybko omijać, dlatego biorę tricykla za 100 peso (7 zł

Zdjęcia z wycieczki

Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Sagada, Dariusz ( Neronek ) Metel
Sagada, Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Bar w Sagada , Dariusz ( Neronek ) Metel
Bar w Sagada , Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
droga do Batad , Dariusz ( Neronek ) Metel
droga do Batad , Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Batad, Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
w drogę do Ifugao , Dariusz ( Neronek ) Metel
w drogę do Ifugao , Dariusz ( Neronek ) Metel
Ifugao , Dariusz ( Neronek ) Metel
Ifugao , Dariusz ( Neronek ) Metel
Ifugao, Dariusz ( Neronek ) Metel
Ifugao, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banaue, Dariusz ( Neronek ) Metel
Betel, Dariusz ( Neronek ) Metel
Betel, Dariusz ( Neronek ) Metel
Betel używka, Dariusz ( Neronek ) Metel
Betel używka, Dariusz ( Neronek ) Metel
autobus do Manili , Dariusz ( Neronek ) Metel
autobus do Manili , Dariusz ( Neronek ) Metel
Manila , Dariusz ( Neronek ) Metel
Manila , Dariusz ( Neronek ) Metel
Manila , Dariusz ( Neronek ) Metel
Manila , Dariusz ( Neronek ) Metel
Cebu Port , Dariusz ( Neronek ) Metel
Cebu Port , Dariusz ( Neronek ) Metel
Cebu Port, Dariusz ( Neronek ) Metel
Cebu Port, Dariusz ( Neronek ) Metel
Cebu Port, Dariusz ( Neronek ) Metel
Cebu Port, Dariusz ( Neronek ) Metel
Tagbilaran, Dariusz ( Neronek ) Metel
Tagbilaran, Dariusz ( Neronek ) Metel
Tagbilaran, Dariusz ( Neronek ) Metel
Tagbilaran, Dariusz ( Neronek ) Metel
Tagbilaran, Dariusz ( Neronek ) Metel
Tagbilaran, Dariusz ( Neronek ) Metel
Tagbilaran mango, Dariusz ( Neronek ) Metel
Tagbilaran mango, Dariusz ( Neronek ) Metel
Baclayon Port , Dariusz ( Neronek ) Metel
Baclayon Port , Dariusz ( Neronek ) Metel
Baclayon Port, Dariusz ( Neronek ) Metel
Baclayon Port, Dariusz ( Neronek ) Metel
Baclayon Port , Dariusz ( Neronek ) Metel
Baclayon Port , Dariusz ( Neronek ) Metel
Jojo i ja , Dariusz ( Neronek ) Metel
Jojo i ja , Dariusz ( Neronek ) Metel
Banka już czeka, Dariusz ( Neronek ) Metel
Banka już czeka, Dariusz ( Neronek ) Metel
już widać raj  Pamilacan , Dariusz ( Neronek ) Metel
już widać raj Pamilacan , Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan Dexter i jego koguty, Dariusz ( Neronek ) Metel
Pamilacan Dexter i jego koguty, Dariusz ( Neronek ) Metel

Przebieg wycieczki na mapie

Podział na dni:
C
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
0
Dzień 1
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 2
Kliknij by zobaczyć trasę
Abu Dhabi
Dzień 3
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 4
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 5
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 6
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 7
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 8
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 9
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 10
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 11
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 12
Kliknij by zobaczyć trasę
Pamilacan
Dzień 13
Kliknij by zobaczyć trasę
Pamilacan
Dzień 14
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 15
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 16
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 17
Kliknij by zobaczyć trasę
Dzień 18
Kliknij by zobaczyć trasę
Sabang Podziemna rzeka
Dzień 19
Kliknij by zobaczyć trasę
Sabang
Dzień 20
Kliknij by zobaczyć trasę
Poza harmonogramem
Kliknij by zobaczyć trasę
Filipiny
Filipiny - Ifugao z Balutem
Czas trwania podróży w dniach: 30
Tagi: tania, górska, filipiny, manila
Dodano: 2016-02-23 08:03:09

Zdjęcia z wycieczki

Filipiny - Ifugao z Balutem
Filipiny - Ifugao z Balutem
Przewiń do galerii

Odwiedzone miejsca

Bydgoszcz » Dublin » Abu Dhabi » Manila » Banaue » Sagada » Sagada » Batad » Manila » Cebu » Tagbilaran » Pamilacan » Pamilacan » Pamilacan » Pamilacan » Pamilacan » Tagbilaran » Puerto Princesa » Sabang » Sabang Podziemna rzeka » Sabang » El Nido » Filipiny

O autorze

Zdjęcie użytkownika Dariusz ( Neronek ) Metel

Dariusz ( Neronek ) Metel
Pokaż wszystkie wycieczki użytkownika

Komentarze

Wysłano: 2016-03-15 20:41:30

Wycieczka jak marzenie. Bardzo ciekawa relacja .


Dodaj odpowiedź

Newsletter

Zostaw swój email, a będziesz otrzymywać informacje o nowych wycieczkach w naszym serwisie.
Twój e-mail:
Twoje imię:
Nikomu nie dajemy Twojego maila!

Email:
Hasło:
Zaloguj się z Facebook